Nowość Ziaja - activ płyn stomatologiczny remineralizujący, płyn do płukania ust

Nowość Ziaja - activ płyn stomatologiczny remineralizujący, płyn do płukania ust

Nie od dziś wiadomo jak ważna jest higiena jamy ustnej. Wizyta u dentysty co pół roku na przegląd zębów nie będzie tak straszna, jeżeli nabierzemy nawyk dbania o zęby. Mycie zębów przynajmniej dwa razy dziennie, nitkowanie przestrzeni między zębowym i płukanie ust płynem. 

Najczęściej z tego zestawu zaopatruję się w płyn do płukania ust - najszybciej mi się kończy. Lubię kiedy jest to miętowy, odświeżający smak. Niektóre są tak silne, że nie umiem wytrzymać z nim kilka sekund, od razu wszystko szczypie i pali. Nie lubię też płynów mdłych, nijakich, których smak czuję później długo - bleee.

Ostatnio zobaczyłam na wyspie Ziaja nowość - płyny do ust (wcześniej nigdzie ich nie widziała, dlatego pozwoliłam sobie napisać nowość). Do wyboru były:
  • MINT PERFEKT SENSITIV Płyn do płukania jamy ustnej, stomatologiczny, przeciwpróchniczy
  • MINTPERFEKT ACTIV Płyn do płukania jamy ustnej, stomatologiczny, przeciwpróchniczy
  • MINTPERFEKT ACTIV Płyn do płukania jamy ustnej, stomatologiczny, remineralizujący
  • MINTPERFEKT SENSITIV Płyn do płukania jamy ustnej, stomatologiczny, zmniejszający nadważliwość   
Wybrałam w końcu płyn remineralizujący.


Na stronie Ziai możemy przeczytać, że płyn zawiera płynne szkliwo i fluorek sodu, uszczelnia, chroni i wzmacnia powierzchnię zębów, odświeża oddech. Dla dorosłych i dzieci powyżej 6 lat.

Płyn do płukania jamy ustnej bez alkoholu, z płynnym szkliwem i fluorem – systemem wysokoaktywnych, naturalnych składników budulcowych o działaniu remineralizującym, które odbudowują naruszone szkliwo. Produkt stosowany w higienie jamy ustnej i zębów, zawiera 0,15 jonów F-. Polecany dla osób z podwyższoną podatnością na próchnicę.

aktywność płynu do płukania jamy ustnej
- Płynne szkliwo i fluor uszczelniają powierzchnię zębów. Zmniejszają nadwrażliwość oraz chronią przed niekorzystnym działaniem kwasów i próchnicą.
- Płyn uzupełnia remineralizujące działanie pasty do zębów, również w miejscach trudno dostępnych dla szczoteczki.
- Oczyszcza jamę ustną i przestrzenie między zębowe z osadów, przez co redukuje nieprzyjemny zapach z ust.
- Jest szybkim i skutecznym sposobem higieny dla osób noszących aparaty ortodontyczne i w sytuacjach utrudnionej pielęgnacji jamy ustnej.
- Miętowe aromaty wzmocnione eugenolem odświeżają oddech i zapewniają uczucie czystości.



Cena za 500ml to ok. 8zł. Nie jest to dużo, przeciętnie płyny kosztują w granicy 15zł i więcej. 

Jak go oceniam?
Pozytywnie, smak jest lekko miętowy. Po użyciu zostaje w buzie miętowy posmak i czuje się, że zęby są czyste :) 
Polecam wypróbować, ja chętnie nabędę resztę płynów z tej serii.

Próbowałyście już płyny do płukania ust z Ziai? :)
Yankee Candle Fluffy Towels

Yankee Candle Fluffy Towels

Z wosków lubię najbardziej te delikatne, lekkie, rześkie zapachy, które napełniają mieszkanie świeżością. Kawałki wosku lubię trzymać też w szafie, półkach i szufladach. Rzeczy pachną wtedy tak, jakbyśmy właśnie zdjęli je z suszarki :) Wybierając Fluffy Towels nie pomyliłam się, zapach jest delikatny i subtelny. 

Wyczuwalne aromaty: świeże pranie z nutą cytryny, jabłka oraz lawendy.
Mimo, że zapach jest intensywny po zapaleniu to nadal można o nim powiedzieć, że jest rześki i przyjemny. Polubiłam go, szczególnie w półce z ręcznikami :)


Znacie ten zapach?
Jakie inne rześkie zapachy lubicie?
Kosmetyki do brwi - kredka Catrice i puder do brwi Golden Rose

Kosmetyki do brwi - kredka Catrice i puder do brwi Golden Rose

Pisałam Wam ostatnio o moim nowym produkcie do podkreślania brwi - kredce Catrice w odcieniu 030. Jestem bardzo miło zaskoczona jej jakością. Nie spodziewałam się, że produkt za ok 10zł spełni moje oczekiwania. Dotychczas używałam pudru do brwi Golden Rose nr 104 i skośnego pędzelka Hakuro do jego nakładania.


Do wyczesywania nadmiaru pudru stosowałam szczoteczkę z Rossmanna, niestety przewożenie w kosmetyczce jej nie służyło i się zepsuła. Na szczęście w kredce Catrice na jednym z końców znajduje się precyzyjna szczoteczka, także kosmetyk 2 w 1 można powiedzieć :)




Tak prezentuje się kolor kredki Catrice 030 na dłoni.



  • góra kredka Catrice
  • dół puder Golden Rose
Kredka ma cieplejszy odcień niż puder, jednak oba na brwiach wyglądają dobrze. Gdy używam pudru to i tak wyczesuje nadmiar szczoteczką, która jest na końcu kredki. Jestem bardzo zadowolona z obu produktów. Oba sposoby są dla mnie porównywalnie łatwe i precyzyjne :)



W przyszłości chciałabym jeszcze wypróbować żel do brwi - polecacie, któryś szczególnie? :)
EOS vanilla mint

EOS vanilla mint

W drogerii Pigment przy ulicy Długiej w Krakowie  w piątek obowiązywała promocja na wszystkie balsamy do ust EOS. Przecenione były z 23,99zł na 17,99zł - to całkiem dobra cena, dlatego postanowiłam zaopatrzyć się w niego. Wybór był na prawdę ciężki, bo mogłabym mieć każdy. Wcześniej miałam wersję Sweet Mint, którą bardzo polubiłam. Chciałam jednak wypróbować inny smak, w końcu do koszyka wpadł EOS Vanilla Mint.


Ze strony www.myeos.pl dowiemy się, że:

balsam EOS  jest w 99 % naturalny. Zawiera olejek jojoba, masło shea oraz witaminę C i E, która jest naturalnym przeciwutleniaczem. Pozbawiony jest glutenu, parabenów, ftalanów oraz wazeliny. Posiada właściwości odżywiające, regenerujące i antybakteryjne. Zapewnia ustom długotrwałe nawilżenie i widoczne wygładzenie oraz wysoki komfort użytkowania.

Łączy w sobie wiele cech, które sprawiają, że staje się niezbędny przez cały rok:
  • wygładza i nawilża usta, które stają się piękne i zdrowe
  • pozostawia na ustach delikatny połysk i smak -  bez uczucia lepkości, jaką możemy spotkać przy innych kosmetykach ochronnych
  • doskonale dopasowuje się do dłoni i ust - można go nakładać nawet bez użycia lustra
  • łączy w sobie znakomite właściwości z nowoczesnym kształtem, który pasuje do torebki i każdego miejsca w domu
  • można wybrać swój ulubiony smak
Skład: Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Beeswax/Cera Alba (Cire d’abeille)*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil*, Natural Flavor, Butyrospermum Parkii (Shea Butter)*, Polyglyceryl-3 Diisostearate, Sodium Isostearoyl Lactylate, Water, Sodium Hyaluronate, Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Extract, Tocopherol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Vanilla Planifolia Fruit Extract, Ascorbyl Palmitate

Produkt nie jest testowany na zwierzętach. Masa netto: 7 g


Bardzo podoba mi się skład, naturalny bez parabenów. Napis "gluten-free" jest chyba na każdym amerykańskim kosmetyku, bo tam ludzie za przeproszeniem oszaleli na punkcie bezglutenowego jedzenia mimo, że większość ludzi celiakii nie ma. W każdym razie pszenicy w EOSie nie znajdziemy :)



Poprzednia wersja EOSa wystarczyła mi na ok. rok używania. Byłam z niego bardzo zadowolona, dobrze nawilżał, ładnie pachniał i do tego to słodkie opakowanie. Po wrzuceniu do torebki nie było szans, żeby balsam się sam otworzył. Zamykany jest przez zakręcanie i dodatkowo na końcu jest tzw. kliknięcie. W przypadku innych pomadek miałam już sytuacje, że wszystko w torebce było upaćkane, bo się otworzyła.


Po otwarciu Vanilla Mint wyczuwalna jest mięta, ale dodatkowo słodkie zapachy. Nie jest to typowo waniliowy zapach, przynajmniej dla mnie. W wersji Sweet Mint, był to typowy, mocny zapach mięty. Smak po oblizaniu jest słodki, nie jest to typowy mdły smak wosku, osobiście preferuję właśnie pomadki smakowe, słodkie :) Bardzo chętnie przetestuję w przyszłości pozostałe wersje EOSa tj. Summer Fruits, Strawberry Sorbet, Pomegranate Raspberry, Blueberry Acai, Honeysuckle Honeydew, Coconut Milk oraz Blackberry Nectar.


Jaka jest Wasza ulubiona wersja EOSa? :)
Mnie kuszą jeszcze EOSowe kremy do rąk - znacie?
Kredka do brwi Catrice

Kredka do brwi Catrice

O kredce z Catrice czytałam sporo dobrego, byłam ciekawa jak wyglądają na żywo. Jednak co znalazłam szafę z kosmetykami Catrice w jakieś drogerii, kredek tam już nie było. W sumie wszystkie kosmetyki był zazwyczaj mocno przebrane. Trafiłam kiedyś przypadkiem do Hebe (w Krakowie przy ulicy Kurniki koło Galerii Krakowskiej), a tam cała wypełniona szafa Catrice. 

W Hebe dostępne były dwa kolory:
  • 030 Brown-n-eyed Peas
  • 040 Don't Let Me Brow'n
Później na stronie Catrice sprawdziłam, że są jeszcze 2 odcienie:
  • 020 Date With The Ash-ton
  • 050 Charlie Brow'n Is Black In Town (nie jest dostępna w Polsce)
Nie było oczywiście testerów, co mnie trochę poirytowało. Wydaję mi się, że przy wyborze kredki do brwi ważne jest sprawdzenie jej koloru na skórze. Wybrałam kolor 030, wydał mi się najbardziej zbliżony do mojego naturalnego koloru włosów.


Kredka okazała się idealnie współgrać z moim brwiami. Jej konsystencja jest twarda, przez co łatwo się nią podkreśla brwi. Dodatkowym plusem jest to, że zakończona jest szczoteczką, którą łatwo jest rozczesać i wyczesać nadmiar produktu. Zamykana jest zatyczką, przez co nie zbiera się na niej kurz.





Kupiłam kiedyś w Rossmannie samą szczoteczkę do brwi, kosztowała ok 5zł. Niestety jest dość niepraktyczna, duża i przez brak zatyczki zbierają się na niej różne paprochy.



Największym jednak minusem jest to, że zniszczyła się po kilku użyciach...


Chciałam porównać te dwie szczoteczki i definitywnie stwierdzić, że połączenie kredki ze szczoteczką jest genialne. Zawsze masz je razem (dwie osobne rzeczy łatwo przecież zgubić), zatyczka jest praktyczna. Bardzo się cieszę, że znalazłam kredkę Catrice, za ok 10zł mamy świetną kredkę plus dodatkowo szczoteczkę w jednym kosmetyku. Myślę, że przy dostępności 3 kolorów (w Polsce) każda znajdzie odpowiedni dla siebie odcień :)


Jestem ciekawa czy znacie ten produkt? :)

Domowe SPA

Domowe SPA

Przyznam się szczerze, że bardzo rzadko robię sobie maseczki i glinki na twarz. Prócz tego, że czasu brak, problemem był jeszcze fakt, że nie miałam sprzętu do przygotowania np. glinki. Swoją pierwszą glinkę otrzymałam w którymś z pierwszych edycji JoyBox'u - bardzo chciałam ja wypróbować. Problem polegał na tym, że nie wolno jest wyrabiać za pomocą metalowych przedmiotów. Parę razy bawiłam się jakąś drewnianą szpatułką po lodach i porcelanową miseczką, ale nie było to to. Widziałam już parę razy na zdjęciach piękne plastikowe miseczki ze szpatułkami do domowych zabiegów pielęgnacyjnych, ale nie mogłam ich nigdzie znaleźć. Zostawiłam sprawę na jakiś czas, bo pomyślałam, że może znajdę takie cudo w Primark'u. Niestety nie znalazłam w dziale beauty nic co mogłoby służyć jako taki maseczkowy niezbędnik. Któregoś dnia siadłam do komputera z zamiarem znalezienia takiego zestawu, bo przecież, gdzieś, ktoś to musi sprzedawać. Dotarłam w końcu do informacji, że taki zestaw nazywa się "miseczka do alg". Po wpisaniu tej frazy w allegro znalazłam kilka stron z ofertami sprzedaży i to dosłownie za parę złotych.


Zestaw składa się z miseczki, szpatułki, 3 miarek i pędzelka. Dostępny jest w różnych kolorach np. niebieskim, zielonym, różowym czy pomarańczowym. Jak widzicie wybrałam różowy, w sumie to się sobie samej dziwie - kiedyś nie znosiłam tego koloru ;)





Maseczki, peelingi i glinki są już gotowe do użycia! Przy pomocy takiego sprzętu myślę, że będzie to o wiele łatwiejsze u przyjemniejsze. Weekend nadchodzi, więc można sobie urządzić domowe SPA w łazience :)


Jestem ciekawa jak wyglądają Wasze przygotowanie do domowego SPA?
Primarkowe zakupy i czy warto się tam wybrać.

Primarkowe zakupy i czy warto się tam wybrać.

W ostatnim poście napisałam, że pokarzę mój Primark'owy zakup, z którego jestem bardzo zadowolona. Nigdy wcześniej w Primark'u nie byłam, ale słyszałam sporo. Od opinii, że jest to raj na ziemi, gdzie opłaca się kupować wszystko garściami po opnie, że nie warto tam wchodzić, bo jest gorzej niż w lumpeksie. Takie skrajności lubię sama sprawdzić osobiście :) 

W pierwszy dzień pobytu w Londynie udało mi się wejść do Primark'u w Wembley. Nie była to ogromna kilku piętrowa hala, ale przyznam sklep był pokaźnych rozmiarów. Nie miałam zbyt wiele czasu na oglądanie, bo byłam z dwoma marudami, którzy mnie ponaglali ;) Do środka weszłam z zamiarem kupna dużej kosmetyczki, potrzebowałam też ciepłego szala no i wiadomo, chciałam z grubsza pooglądać asortyment. 

Na dziale z akcesoriami wisiało sporo kosmetyczek - kufrów. Trudno było mi się zdecydować, która wziąć, więc postawiłam na rozmiar i zabrałam największą ;)




Każda kosztowała £5, więc nie było nad czym się zastanawiać. Przeciętnie zwykła kosmetyczka kosztuje ok 100zł. Jestem z niej bardzo zadowolona, jest bardzo pojemna, spokojnie spakuję do niej wszystkie kosmetyki na większy wyjazd.


Skusiłam się jeszcze na ciepły, "kocowaty" szal w odcieniach szarości i różu. On również kosztował £5. W ręce wpadła mi jeszcze koszulka termalna na fitness - tak zwykła czarna, też kosztowała £5. Podobały mi się płaszcze i swetry, ładne były piżamki. O bieliźnie słyszałam wiele dobrego, pooglądałam i wyglądały na porządne. Tyle tylko, że nie miałam czasu na przymierzanie tego wszystkiego :(



Teraz mogę wydać swoją opinię o Primark'u :) Z przymrużeniem oka traktowałam opowieści, że można tam kupić za grosze wspaniałe rzeczy. Na pewno jednak się nie zraziłam, bo trzeba przyznać, że wybór jest ogromny a co do cen to nawet jak na mega drogi Londyn, były przystępne. Wszystko zależy kto co szuka a i pewnie same Primaki mogą się od siebie różnić. W każdym razie z chęcią weszłabym tam jeszcze raz!


Kosmetyczek nigdy za dużo ;) i teraz jestem na etapie szukania takiej małej, wąskiej do torebki. Chciałam w niej mieć (w jednym miejscu a nie po całej torebce) najpotrzebniejsze rzeczy.
London Calling czyli co zobaczyliśmy w Londynie

London Calling czyli co zobaczyliśmy w Londynie

W Londynie byliśmy we wrześniu, baliśmy się trochę o pogodę. Na szczęście temperatura była znośna, kurtka i sweter obowiązkowo, gdy pojawiło się słońce zza chmur to można było się rozebrać do koszuli. Byłam nastawiona, że cały pobyt będzie lało, na szczęście tylko w pierwszy dzień nas zlało, kolejne dni były już pogodne. Oczywiście parasol cały czas mieliśmy przy sobie, bo chmury na niebie zmieniały się momentalnie i przelotny, chwilowy deszcz się trafił kilka razy. Tak, pogoda na Wyspach jest nieobliczalna :)

Wybraliśmy wrzesień również ze względu na ceny biletów lotniczych. Porównując ceny w sezonie (lipiec - sierpień) to bilety we wrześniu były połowę tańsze. Jeżeli lecimy na lotnisko znajdujące się na obrzeżach miasta, trzeba dostać się do centrum. Wylądowaliśmy w Stansted skąd jadą autobusy bądź pociąg. Warto kupić sobie bilety wcześniej, wtedy są dużo tańsze niż zakupione na miejscu zaraz po wylądowaniu. 

Co najbardziej mnie zaskoczyło w Londynie? Muszę przyznać, że samo ścisłe centrum jest bardzo zielone, jest sporo dużych parków. Jadąc pociągiem z lotniska do centrum mija się wiele zielonych miejsc. Wielki plus za to!


Pierwszym miejscem do którego się wybraliśmy było obserwatorium Greenwich. Zobaczyliśmy południk zerowy oraz tarczę zegara z 24 godzinami.


Mieszkaliśmy w 4 strefie (strefy są liczone według trasy metra a jest ich 9 w Londynie), gdzie spotkać można było głównie polaków. Co krok był polski sklep, masarnia, piekarnia. W sumie czułam się jakbym była dalej w Polsce. W sklepie spożywczym można było kupić dosłownie każdy produkt, który znajduje się w typowym polskim Lewiatanie od Muszynianki, Cisowianki przez Żywca i Tyskie po Sagę, twaróg a nawet drożdże.



Charakterystyczna, czerwona butka telefoniczna, tu akurat bez telefonu :( W większości są również hot spoty, nie widziałam nikogo, żeby z niej korzystał.


Z atrakcji pozwoliliśmy sobie na przejazd kolejką linowa nad Tamizą. Mam lęk wysokości i oczywiście miałam katastroficzne wizje, ale udało mi się nią przejechać :) Widoki były imponujące - wybraliśmy to zamiast London Eye, który jest dużo droższy i trzeba stać w meeeega kolejce po bilety.




W cenie biletu kolejki był rejs statkiem po Tamizie, wysiedliśmy przy London Bridge, gdzie rozpoczęliśmy pieszą wędrówkę przez centrum.





Po drodze spotkaliśmy sporo ciekawych miejsc i ludzi... ;)


Dotarliśmy do Big Bena, chyba najbardziej rozpoznawalnego zegara świata. Osobiście kojarzy mi się z bajką Disneya - Piotruś Pan. Jako dziecko oglądałam ją namiętnie i pamiętam scenę, gdy Piotruś Pan, Wanda i dzieciaki lecieli obok Big Bena :)


Przeszliśmy pod Buckingham Palace, przed brama kłębiło się trochę turystów. Największy zachwyt wzbudzali strażnicy królowej.


Wybraliśmy się do Harrods'a czyli luksusowego domu towarowego. W ogromnym budynku znajdowały się kolekcje Diora, Chanel, Tiffany'ego. Strach było chodzić pomiędzy stoiskami, żeby czegoś nie potrącić. W środku znajdowały się również stoiska z ekskluzywną żywnością, alkoholami i wszystkim co sobie można wymyślić. W toaletach na umywalkach prócz z mydła, można skorzystać z kremu do rąk i perfum :)


Obowiązkowo wstąpiłam do LUSHa - pisałam o tym wcześniej, jeżeli ktoś nie widział to klikamy w link Lush - zabieram was do salonu w Londynie.




Załapaliśmy się na Fashion Week, wszędzie na ulicach modelki, przyszłe modelki i inne dziewczyny, które chciały zaistnieć oraz sporo fotografów. Był problem przejść przez ulicę, żeby nie wejść komuś w kadr.



Odwiedziliśmy też M&M's World - świetne miejsce, niestety ceny kosmiczne :/ 




Zastanawialiśmy się nad kupnem kubków, baliśmy się jednak, że mogą się potłuc w walizkach. Kawa w takim kubku <3




Padliśmy jak zobaczyliśmy Tablicę M&M's. Można było sobie stworzyć własną mieszankę w laboratorium.




Weszłam na chwilę do Primarka, kupiłam sobie kosmetyczkę - kufer, pokażę ją wkrótce. Złapałam jeszcze ciepły szal i koszulkę na fitness i wszystko było po £5. Podlinkuję Wam jeszcze pudełka, które sobie zamówiłam podczas pobytu w Londynie :)


Copyright © 2014 Not Too Serious Blog , Blogger